Nowe przepisy

Więc co się dzieje z piosenką „99 butelek piwa na ścianie”?

Więc co się dzieje z piosenką „99 butelek piwa na ścianie”?


We are searching data for your request:

Forums and discussions:
Manuals and reference books:
Data from registers:
Wait the end of the search in all databases.
Upon completion, a link will appear to access the found materials.

Ktoś był naprawdę znudzony.

Kto na świecie pomyślał o tej piosence?

Dziewięćdziesiąt dziewięć butelek piwa na ścianie, 99 butelek piwa — wiemy, że to słyszałeś i jesteśmy pewni, że to zaśpiewałeś. Chociaż piosenka ma chwytliwą melodię, są szanse, że śpiewasz ją tylko wtedy gdy utkniesz w samochodzie na wiele godzin. Czemu? Ponieważ koniec trwa wieczność.

Śpiewałeś „99 butelek piwa” w kółko, ale dlaczego? Albo jeszcze lepiej, czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, kto był na tyle znudzony, aby to wymyślić?

Jeśli kiedykolwiek szukałeś początków tej melodii, życzymy powodzenia. Przyjrzeliśmy się wielu źródłom i wygląda na to, że piosenka nie ma konkretnego autora. Jedyną informacją, jaką można znaleźć, jest to, że przypuszcza się, że pochodzi ona z: Ameryki i od dziesięcioleci śpiewany jest w USA i Kanadzie.

Według Słownik miejskiniektórzy uważają, że utwór powstał na podstawie czternastowiecznej rymowanki”Dziesięć zielonych butelek”. To jednak nie zostało jeszcze zweryfikowane.

Szkoda, że ​​autorka piosenek zagubiła się w historii, ale bardziej przejmujemy się innymi sprawami. Na przykład, dlaczego grupa dzieci w szkole siedzi i rozmawia o czymś, czego nie mogą nawet wypić? Trochę ironii, nie sądzisz?

Towarzyszący pokaz slajdów jest dostarczany przez koleżankę redaktora zarządzającego The Daily Meal, Lauren Gordon.


Ponad 99 butelek piwa na ścianie

Kiedy podnoszą się do baru w Naja’s Place na plaży Redondo, kierują się na piwo Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon i 776 innych piw z całego świata.

W ciągu 15 lat, odkąd Naja i Ben Zeinaty zaczęli podawać grube i pilsenery z dziury w murze na deptaku w King Harbour, Naja stała się legendarna, coś w rodzaju Cheers nad morzem.

Naja jest blondynką za barem, w czarnej koszulce z napisem: „Życie jest za krótkie, żeby pić tanie piwo!”

W sobotni wieczór joint zdecydowanie skacze. W quasi-cichym kącie 27-letni Raul Vandenberg i przyjaciele sączą Whitbread Ale i Anderson Valley Amber z 24-uncjowych szklanek, jednocześnie wychwalając zalety Naji. Vandenberg, nauczyciel w Carson, mówi: „To miejsce nie ma pretensji. . . prawdziwe miejsce oddolne.”

Został przedstawiony Naji przez swoją narzeczoną, Kristi Reinert, 27-letnią fizjolog. Pobiorą się w maju. — Nie, nie u Naji — mówi — chociaż o tym pomyśleliśmy.

Sam Mitani, zastępca redaktora Road and Track, siedzi w głównym barze i pije Weizenbier, piwo, które odkrył podczas pobytu w Wolfsburgu w Niemczech, pisząc dla magazynu artykuł o Volkswagenie.

Mitani często przywozi do Naji korespondentów z Azji i Europy, aby posmakować życia w Los Angeles. Ale, jak spieszy dodaje, magazyn „nie toleruje jazdy pod wpływem alkoholu”.

Libańska i francuska Naja była kiedyś projektantką mody w Abu Dhabi, produkującą „wysokiej klasy ubrania jak dla żon szejków”. Ben, który jest Libańczykiem i Włochem, był kiedyś kapitanem armii brytyjskiej.

Pobrali się w 1962 roku, aw połowie lat 70. byli w Londynie, gdzie otworzyli klub nocny Farasha (arab. motyl) na Kensington High Street.

Ale Ben, entuzjasta łodzi, pragnął słońca iw 1979 r. przywołał go południowa Kalifornia. „Przyjechaliśmy z dobrymi pieniędzmi”, mówi, „nie trzeba pracować”. Ale wkrótce się znudzili.

Przejęli więc dawny sklep z pamiątkami i otworzyli Naja’s z siedmioma piwami z beczki i 107 w butelce. Naja wciąż dodaje, a Naja wciąż się rozwija.

Oryginalny bar, otwarty na promenadę, sąsiaduje z dużą salą, w której klienci przy stolikach zajadają ormiańską pizzę lub falafel. Jest parkiet taneczny, a w weekendy muzyka Shark Brothers zalewa promenadę.

Naja, która jest zarówno kucharzem, jak i barmanką, powie ci: „Piwo jest jak wykwintne jedzenie”. Unosi zakorkowaną butelkę: „Made in Belgium przez mnichów trapistów. To prawie jak wino. Mój ulubiony." (A 9 USD za dużą szklankę, najdroższa).

Lore utrzymuje, że mnisi poszczą przez 40 dni „mówiąc do Boga przez to piwo”. Ona się śmieje. „Jeśli będę pił to piwo sam przez 40 dni, myślę, że też porozmawiam z Bogiem”.

Wśród piw beczkowych, które opłacają rachunki, bestsellerem jest niemiecki pilzener Warsteiner. Naja oferuje obecnie 79 piw z beczki, ale nadal nazywa się domem 777 piw, 77 z beczki – dla poetyckiego efektu.

Jeśli klientka chce takiego, którego nie ma, Naja go znajdzie. Ci, którzy bombardują, wracają z nimi do domu, chociaż Ben przyznaje: „Nie jestem pijącym piwo”.

W Naja's Brytyjczycy dostają swoje piwo w szklankach wypłukanych w ciepłej wodzie. Naja może również mieszać „Snake Bite” – angielski cydr i piwo jasne.

Na ścianach wiszą zdjęcia klientów posiadających paszporty Naji. Paszport i koszulkę zdobywa się, wypijając po dwa piwa z każdego z 39 krajów.

Oczywiście nie w jedną noc. Pijaństwo nie jest tolerowane. Mówi Ben: „Za dużo piwa, dzwonimy po taksówkę”.

Młodzi i starzy trafiają do Naji. Od 21-tej nocy do . . . .

Cóż, zmarły niedawno ojciec Bena przyszedł pić i tańczyć w wieku 105 lat. Jego napar? Pepsi.

Szkocki bard na Alei Gwiazd?

Dentysta Neil McLeod, „nitkowany Szkot”, który kieruje neofitą Los Angeles Burns Club, nawet się nie uśmiechnął, gdy stwierdził jeden z celów klubu: „Chcemy pośmiertnej gwiazdy dla Roberta Burnsa na Hollywood Boulevard”.

XVIII-wieczny szkocki poeta na Hollywoodzkiej Alei Gwiazd?

– Jako autor tekstów – wyjaśnił McLeod. „i widzę Charltona Hestona, prawdziwego Szkota, który jest tam, kiedy śpiewamy „Auld Lang Syne”. . . ”.

A co by pomyślał Burns, biedny szkocki rolnik? Cóż, argumentuje McLeod: „Nie wiem, czy koniecznie powitałby otwarcie rozgłos. . . ale kiedy był potężny piórem, sprawiało mu to wielką radość”.

Słowa Burnsa wciąż cieszą serca wiernych, z których 85 zebrało się w Tam O’ Shanter Inn w Los Feliz w 236. rocznicę urodzin czołowego barda Szkocji.

Kilty i spódnice w kratę były de rigueur na tę pierwszą Wieczerzę Burns. Goście zrobili nawet odważny pokaz jedzenia haggis, tradycyjnego wiejskiego dania z owczych wnętrzności i płatków owsianych. „Posiekana wątróbka” mruknął jeden z gości, oszczędzając się na pieczeń wołową.

Brytyjski konsul generalny Merrick Baker-Bates zauważył, że był na wielu nocach Burns Night na całym świecie, niektórzy weselej niż inni: „W Utah pili sok żurawinowy z haggis”.

Następnie opowiedział historię o parze z Indianapolis, która kupiła czaszkę Roberta Burnsa od sprzedawcy antyków w Edynburgu za 500. Po powrocie do Edynburga ponownie zauważyli czaszkę Burnsa na sprzedaż i skonfrontowali się z dilerem, który wyjaśnił: „Ale to była czaszka Roberta Pali się, kiedy był chłopcem.

McLeod wyrecytował z pamięci, we właściwej prozie Burnsa, z dużą ilością „ay”, „na” i „gie”, długi „Death and Doctor Hornbook”.

Dudziarz zagrał „Flow Gently, Sweet Afton”, pełen czci moment dla wierzących Burnsa, którzy znają każdy szczegół jego życia (życia, w którym, jak napisał jeden z biografów, „cnota i pasja były w nieustannej sprzeczności”). Kobiety i whisky przyczyniły się do jego śmierci w wieku 37 lat, podobnie jak zalecenie lekarza, aby zimą kąpać się w morzu i wyleczyć zapalenie płuc.

Ale zawsze była poezja: „Najlepiej ułożone schematy myszy i ludzi”, „Moja miłość jest jak czerwona, czerwona róża”, „Comin’ Thro’ the Rye”. I nieśmiertelna oda do myszy: „Ładko, lśniąca, krowa, niespokojna bestio, och, co za panika w tych cyckach! . . . “

Nieuchronnie rozmowa przy obiedzie skierowała się na kwestię tego, co porządni szkoccy żołnierze nosili pod tymi spódniczkami. Proste, powiedział adwokat Tarzany J. Howard Standing: „Buty i skarpetki”.

James Yates, Yorba Lindan zaledwie siedem lat usunięty ze Szkocji, wzniósł ostatni toast, zaszczyt tradycyjnie zarezerwowany dla tego, „kto mógł zachować trzeźwość”.

Klub LA dołącza do sieci 1121 klubów Burns na całym świecie. „To daje nadzieję”, powiedziała Esther Hovey, że na całym świecie ludzie gromadzą się tej nocy, aby uczcić zmarłego poetę.

Nieżyjący już mąż Hovey, Serge, kompozytor, spędził 25 lat dopasowując ponad 300 tekstów piosenek Burnsa, w tym „Auld Lang Syne”, do zupełnie innych melodii, które Burns dla nich zamierzał.

Po toaście za dziewczęta Ann McBride odpowiedziała jednym z chłopców: „Nasi mężowie i nasi kochankowie, niech się nigdy nie spotkają”.

* Ten cotygodniowy felieton opisuje ludzi i małe momenty, które określają życie w południowej Kalifornii. Mile widziane są sugestie czytelników.


Ponad 99 butelek piwa na ścianie

Kiedy podnoszą się do baru w Naja’s Place na plaży Redondo, kierują się na piwo Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon i 776 innych piw z całego świata.

W ciągu 15 lat, odkąd Naja i Ben Zeinaty zaczęli podawać grube i pilsenery z dziury w murze na deptaku w King Harbour, Naja stała się legendarna, coś w rodzaju Cheers nad morzem.

Naja jest blondynką za barem, w czarnej koszulce z napisem: „Życie jest za krótkie, żeby pić tanie piwo!”

W sobotni wieczór joint zdecydowanie skacze. W quasi-cichym kącie 27-letni Raul Vandenberg i przyjaciele sączą Whitbread Ale i Anderson Valley Amber z 24-uncjowych szklanek, jednocześnie wychwalając zalety Naji. Vandenberg, nauczyciel w Carson, mówi: „To miejsce nie ma pretensji. . . prawdziwe miejsce oddolne.”

Został przedstawiony Naji przez swoją narzeczoną, Kristi Reinert, 27-letnią fizjolog. Pobiorą się w maju. — Nie, nie u Naji — mówi — chociaż o tym pomyśleliśmy.

Sam Mitani, zastępca redaktora Road and Track, siedzi w głównym barze i pije Weizenbier, piwo, które odkrył podczas pobytu w Wolfsburgu w Niemczech, pisząc dla magazynu artykuł o Volkswagenie.

Mitani często przywozi do Naji korespondentów z Azji i Europy, aby posmakować życia w Los Angeles. Ale pośpiesznie dodaje, że magazyn „nie toleruje jazdy pod wpływem alkoholu”.

Libańska i francuska Naja była kiedyś projektantką mody w Abu Dhabi, produkującą „wysokiej klasy ubrania jak dla żon szejków”. Ben, który jest Libańczykiem i Włochem, był kiedyś kapitanem armii brytyjskiej.

Pobrali się w 1962 roku, aw połowie lat 70. byli w Londynie, gdzie otworzyli klub nocny Farasha (arab. motyl) na Kensington High Street.

Ale Ben, entuzjasta łodzi, pragnął słońca iw 1979 r. przywołał go południowa Kalifornia. „Przyjechaliśmy z dobrymi pieniędzmi”, mówi, „nie trzeba pracować”. Ale wkrótce się znudzili.

Przejęli więc dawny sklep z pamiątkami i otworzyli Naja’s z siedmioma piwami z beczki i 107 w butelce. Naja wciąż dodaje, a Naja wciąż się rozwija.

Oryginalny bar, otwarty na promenadę, sąsiaduje z dużą salą, w której klienci przy stolikach zajadają ormiańską pizzę lub falafel. Jest parkiet taneczny, a w weekendy muzyka Shark Brothers zalewa promenadę.

Naja, która jest zarówno kucharzem, jak i barmanką, powie ci: „Piwo jest jak wykwintne jedzenie”. Unosi zakorkowaną butelkę: „Made in Belgium przez mnichów trapistów. To prawie jak wino. Mój ulubiony." (A 9 USD za dużą szklankę, najdroższa).

Lore utrzymuje, że mnisi poszczą przez 40 dni „mówiąc do Boga przez to piwo”. Ona się śmieje. „Jeśli będę pił to piwo sam przez 40 dni, myślę, że też porozmawiam z Bogiem”.

Wśród piw beczkowych, które opłacają rachunki, bestsellerem jest niemiecki pilzener Warsteiner. Naja oferuje obecnie 79 piw z beczki, ale nadal nazywa się domem 777 piw, 77 z beczki – dla poetyckiego efektu.

Jeśli klientka chce takiego, którego nie ma, Naja go znajdzie. Ci, którzy bombardują, wracają z nimi do domu, chociaż Ben przyznaje: „Nie jestem pijącym piwo”.

W Naja's Brytyjczycy dostają swoje piwo w szklankach wypłukanych w ciepłej wodzie. Naja może również wymieszać „Snake Bite” – angielski cydr i piwo jasne.

Na ścianach wiszą zdjęcia klientów posiadających paszporty Naji. Paszport i koszulkę zdobywa się, wypijając po dwa piwa z każdego z 39 krajów.

Oczywiście nie w jedną noc. Pijaństwo nie jest tolerowane. Mówi Ben: „Za dużo piwa, dzwonimy po taksówkę”.

Młodzi i starzy trafiają do Naji. Od 21-tej nocy do . . . .

Cóż, ojciec Bena, który niedawno zmarł, przyszedł pić i tańczyć w wieku 105 lat. Jego napar? Pepsi.

Szkocki bard na Alei Gwiazd?

Dentysta Neil McLeod, „nić nici Szkot”, który kieruje neofitą Los Angeles Burns Club, nawet się nie uśmiechnął, gdy stwierdził jeden z celów klubu: „Chcemy pośmiertnej gwiazdy dla Roberta Burnsa na Hollywood Boulevard”.

XVIII-wieczny szkocki poeta na Hollywoodzkiej Alei Gwiazd?

– Jako autor tekstów – wyjaśnił McLeod. „i widzę Charltona Hestona, prawdziwego Szkota, który jest tam, kiedy śpiewamy „Auld Lang Syne”. . . ”.

A co by pomyślał Burns, biedny szkocki farmer? Cóż, argumentuje McLeod: „Nie wiem, czy koniecznie powitałby otwarcie rozgłos. . . ale kiedy był potężny piórem, sprawiało mu to wielką radość”.

Słowa Burnsa wciąż cieszą serca wiernych, z których 85 zebrało się w Tam O’ Shanter Inn w Los Feliz w 236. rocznicę urodzin czołowego barda Szkocji.

Kilty i spódnice w kratę były de rigueur na tę pierwszą Wieczerzę Burns. Goście zrobili nawet odważny pokaz jedzenia haggis, tradycyjnego wiejskiego dania z owczych wnętrzności i płatków owsianych. „Posiekana wątróbka” mruknął jeden z gości, oszczędzając się na pieczeń wołową.

Brytyjski konsul generalny Merrick Baker-Bates zauważył, że był na wielu nocach Burns Night na całym świecie, niektórzy weselej niż inni: „W Utah pili sok żurawinowy z haggis”.

Następnie opowiedział historię o parze z Indianapolis, która kupiła czaszkę Roberta Burnsa od sprzedawcy antyków w Edynburgu za 500. Po powrocie do Edynburga ponownie zauważyli czaszkę Burnsa na sprzedaż i skonfrontowali się z dilerem, który wyjaśnił: „Ale to była czaszka Roberta Pali się, kiedy był chłopcem.

McLeod wyrecytował z pamięci, we właściwej prozie Burnsa, z dużą ilością „ay”, „na” i „gie”, długi „Death and Doctor Hornbook”.

Dudziarz zagrał „Flow Gently, Sweet Afton”, pełen czci moment dla wyznawców Burnsa, którzy znają każdy szczegół jego życia (życia, w którym, jak napisał jeden z biografów, „cnota i pasja były w nieustannej sprzeczności”). Kobiety i whisky przyczyniły się do jego śmierci w wieku 37 lat, podobnie jak zalecenie lekarza, aby zimą kąpać się w morzu i wyleczyć zapalenie płuc.

Ale zawsze była poezja: „Najlepiej ułożone schematy myszy i ludzi”, „Moja miłość jest jak czerwona, czerwona róża”, „Comin’ Thro’ the Rye”. I nieśmiertelna oda do myszy: „Ładko, lśniąca, krowa, niespokojna bestio, och, co za panika w tych cyckach! . . . “

Nieuchronnie rozmowa przy obiedzie skierowała się na kwestię tego, co porządni szkoccy żołnierze nosili pod tymi spódniczkami. Proste, powiedział adwokat Tarzany J. Howard Standing: „Buty i skarpetki”.

James Yates, Yorba Lindan zaledwie siedem lat usunięty ze Szkocji, wzniósł ostatni toast, zaszczyt tradycyjnie zarezerwowany dla tego, „kto mógł zachować trzeźwość”.

Klub LA dołącza do sieci 1121 klubów Burns na całym świecie. „To daje nadzieję”, powiedziała Esther Hovey, że na całym świecie ludzie gromadzą się tej nocy, aby uczcić zmarłego poetę.

Nieżyjący już mąż Hovey, Serge, kompozytor, spędził 25 lat, dopasowując ponad 300 tekstów piosenek Burnsa, w tym „Auld Lang Syne”, do zupełnie innych melodii, które Burns dla nich zamierzał.

Po toaście za dziewczęta Ann McBride odpowiedziała jednym z chłopców: „Nasi mężowie i nasi kochankowie, niech się nigdy nie spotkają”.

* Ten cotygodniowy felieton opisuje ludzi i małe momenty, które określają życie w południowej Kalifornii. Mile widziane są sugestie czytelników.


Ponad 99 butelek piwa na ścianie

Kiedy podnoszą się do baru w Naja’s Place na plaży Redondo, kierują się na piwo Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon i 776 innych piw z całego świata.

W ciągu 15 lat, odkąd Naja i Ben Zeinaty zaczęli podawać grube i pilsenery z dziury w murze na deptaku w King Harbour, Naja stała się legendarna, coś w rodzaju Cheers nad morzem.

Naja jest blondynką za barem, w czarnej koszulce z napisem: „Życie jest za krótkie, żeby pić tanie piwo!”

W sobotni wieczór joint zdecydowanie skacze. W quasi-cichym kącie 27-letni Raul Vandenberg i przyjaciele sączą Whitbread Ale i Anderson Valley Amber z 24-uncjowych szklanek, jednocześnie wychwalając zalety Naji. Vandenberg, nauczyciel w Carson, mówi: „To miejsce nie ma pretensji. . . prawdziwe miejsce oddolne.”

Został przedstawiony Naji przez swoją narzeczoną, Kristi Reinert, 27-letnią fizjolog. Pobiorą się w maju. — Nie, nie u Naji — mówi — chociaż o tym pomyśleliśmy.

Sam Mitani, zastępca redaktora Road and Track, siedzi w głównym barze i pije Weizenbier, piwo, które odkrył podczas pobytu w Wolfsburgu w Niemczech, pisząc dla magazynu artykuł o Volkswagenie.

Mitani często przywozi do Naji korespondentów z Azji i Europy, aby posmakować życia w Los Angeles. Ale pośpiesznie dodaje, że magazyn „nie toleruje jazdy pod wpływem alkoholu”.

Libańska i francuska Naja była kiedyś projektantką mody w Abu Dhabi, produkującą „wysokiej klasy ubrania jak dla żon szejków”. Ben, który jest Libańczykiem i Włochem, był kiedyś kapitanem armii brytyjskiej.

Pobrali się w 1962 roku, aw połowie lat 70. byli w Londynie, gdzie otworzyli klub nocny Farasha (arab. motyl) na Kensington High Street.

Ale Ben, entuzjasta łodzi, pragnął słońca iw 1979 r. przywołał go południowa Kalifornia. „Przyjechaliśmy z dobrymi pieniędzmi”, mówi, „nie trzeba pracować”. Ale wkrótce się znudzili.

Przejęli więc dawny sklep z pamiątkami i otworzyli Naja’s z siedmioma piwami z beczki i 107 w butelce. Naja wciąż dodaje, a Naja wciąż się rozwija.

Oryginalny bar, otwarty na promenadę, sąsiaduje z dużą salą, w której klienci przy stolikach zajadają ormiańską pizzę lub falafel. Jest parkiet taneczny, a w weekendy muzyka Shark Brothers zalewa promenadę.

Naja, która jest zarówno kucharzem, jak i barmanką, powie ci: „Piwo jest jak wykwintne jedzenie”. Unosi zakorkowaną butelkę: „Made in Belgium przez mnichów trapistów. To prawie jak wino. Mój ulubiony." (A 9 USD za dużą szklankę, najdroższa).

Lore utrzymuje, że mnisi poszczą przez 40 dni „mówiąc do Boga przez to piwo”. Ona się śmieje. „Jeśli będę pił to piwo sam przez 40 dni, myślę, że też porozmawiam z Bogiem”.

Wśród piw beczkowych, które opłacają rachunki, bestsellerem jest niemiecki pilzener Warsteiner. Naja oferuje obecnie 79 piw z beczki, ale nadal nazywa się domem 777 piw, 77 z beczki – dla poetyckiego efektu.

Jeśli klientka chce takiego, którego nie ma, Naja go znajdzie. Ci, którzy bombardują, wracają z nimi do domu, chociaż Ben przyznaje: „Nie jestem pijącym piwo”.

W Naja's Brytyjczycy dostają swoje piwo w szklankach wypłukanych w ciepłej wodzie. Naja może również wymieszać „Snake Bite” – angielski cydr i piwo jasne.

Na ścianach wiszą zdjęcia klientów posiadających paszporty Naji. Paszport i koszulkę zdobywa się, wypijając po dwa piwa z każdego z 39 krajów.

Oczywiście nie w jedną noc. Pijaństwo nie jest tolerowane. Mówi Ben: „Za dużo piwa, dzwonimy po taksówkę”.

Młodzi i starzy trafiają do Naji. Od 21-tej nocy do . . . .

Cóż, zmarły niedawno ojciec Bena przyszedł pić i tańczyć w wieku 105 lat. Jego napar? Pepsi.

Szkocki bard na Alei Gwiazd?

Dentysta Neil McLeod, „nitkowany Szkot”, który kieruje neofitą Los Angeles Burns Club, nawet się nie uśmiechnął, gdy stwierdził jeden z celów klubu: „Chcemy pośmiertnej gwiazdy dla Roberta Burnsa na Hollywood Boulevard”.

XVIII-wieczny szkocki poeta na Hollywoodzkiej Alei Gwiazd?

– Jako autor tekstów – wyjaśnił McLeod. „i widzę Charltona Hestona, prawdziwego Szkota, który jest tam, kiedy śpiewamy „Auld Lang Syne”. . . ”.

A co by pomyślał Burns, biedny szkocki farmer? Cóż, argumentuje McLeod: „Nie wiem, czy koniecznie powitałby otwarcie rozgłos. . . ale kiedy był potężny piórem, sprawiało mu to wielką radość”.

Słowa Burnsa wciąż cieszą serca wiernych, z których 85 zebrało się w Tam O’ Shanter Inn w Los Feliz w 236. rocznicę urodzin czołowego barda Szkocji.

Kilty i spódnice w kratę były de rigueur na tę pierwszą Wieczerzę Burns. Goście zrobili nawet odważny pokaz jedzenia haggis, tradycyjnego wiejskiego dania z owczych wnętrzności i płatków owsianych. „Posiekana wątróbka” mruknął jeden z gości, oszczędzając się na pieczeń wołową.

Brytyjski konsul generalny Merrick Baker-Bates zauważył, że był na wielu nocach Burns Night na całym świecie, niektórzy weselej niż inni: „W Utah pili sok żurawinowy z haggis”.

Następnie opowiedział historię o parze z Indianapolis, która kupiła czaszkę Roberta Burnsa od sprzedawcy antyków w Edynburgu za 500. Po powrocie do Edynburga ponownie zauważyli czaszkę Burnsa na sprzedaż i skonfrontowali się z dilerem, który wyjaśnił: „Ale to była czaszka Roberta Pali się, kiedy był chłopcem.

McLeod wyrecytował z pamięci, we właściwej prozie Burnsa, z dużą ilością „ay”, „na” i „gie”, długi „Death and Doctor Hornbook”.

Dudziarz zagrał „Flow Gently, Sweet Afton”, pełen czci moment dla wierzących Burnsa, którzy znają każdy szczegół jego życia (życia, w którym, jak napisał jeden z biografów, „cnota i pasja były w nieustannej sprzeczności”). Kobiety i whisky przyczyniły się do jego śmierci w wieku 37 lat, podobnie jak zalecenie lekarza, aby zimą kąpać się w morzu i wyleczyć zapalenie płuc.

Ale zawsze była poezja: „Najlepiej ułożone schematy myszy i ludzi”, „Moja miłość jest jak czerwona, czerwona róża”, „Comin’ Thro’ the Rye”. I nieśmiertelna oda do myszy: „Ładko, lśniąca, krowa, niespokojna bestio, och, co za panika w tych cyckach! . . . “

Nieuchronnie rozmowa przy obiedzie skierowała się na kwestię tego, co porządni szkoccy żołnierze nosili pod tymi spódniczkami. Proste, powiedział adwokat Tarzany J. Howard Standing: „Buty i skarpetki”.

James Yates, mieszkaniec Yorba Lindan zaledwie siedem lat usunięty ze Szkocji, wzniósł ostatni toast, zaszczyt tradycyjnie zarezerwowany dla tego, „który potrafi zachować trzeźwość”.

Klub LA dołącza do sieci 1121 klubów Burns na całym świecie. „To daje nadzieję”, powiedziała Esther Hovey, że na całym świecie ludzie gromadzą się tej nocy, aby uczcić zmarłego poetę.

Nieżyjący już mąż Hovey, Serge, kompozytor, spędził 25 lat dopasowując ponad 300 tekstów piosenek Burnsa, w tym „Auld Lang Syne”, do zupełnie innych melodii, które Burns dla nich zamierzał.

Po toaście za dziewczęta Ann McBride odpowiedziała jednym z chłopców: „Nasi mężowie i nasi kochankowie, niech się nigdy nie spotkają”.

* Ten cotygodniowy felieton opisuje ludzi i małe momenty, które określają życie w południowej Kalifornii. Mile widziane są sugestie czytelników.


Ponad 99 butelek piwa na ścianie

Kiedy podnoszą się do baru w Naja’s Place na plaży Redondo, kierują się na piwo Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon i 776 innych piw z całego świata.

W ciągu 15 lat, odkąd Naja i Ben Zeinaty zaczęli podawać grube i pilsenery z dziury w murze na deptaku w King Harbour, Naja stała się legendarna, coś w rodzaju Cheers nad morzem.

Naja jest blondynką za barem, w czarnej koszulce z napisem: „Życie jest za krótkie, żeby pić tanie piwo!”

W sobotni wieczór joint zdecydowanie skacze. W quasi-cichym kącie 27-letni Raul Vandenberg i przyjaciele sączą Whitbread Ale i Anderson Valley Amber z 24-uncjowych szklanek, jednocześnie wychwalając zalety Naji. Vandenberg, nauczyciel w Carson, mówi: „To miejsce nie ma pretensji. . . prawdziwe miejsce oddolne.”

Został przedstawiony Naji przez swoją narzeczoną Kristi Reinert, 27-letnią fizjolog. Pobiorą się w maju. — Nie, nie u Naji — mówi — chociaż o tym pomyśleliśmy.

Sam Mitani, zastępca redaktora Road and Track, siedzi w głównym barze i pije Weizenbier, piwo, które odkrył podczas pobytu w Wolfsburgu w Niemczech, pisząc dla magazynu artykuł o Volkswagenie.

Mitani często przywozi do Nadi korespondentów z Azji i Europy, aby posmakować życia w Los Angeles. Ale, jak spieszy dodaje, magazyn „nie toleruje jazdy pod wpływem alkoholu”.

Libańska i francuska Naja była kiedyś projektantką mody w Abu Dhabi, produkującą „wysokiej klasy ubrania jak dla żon szejków”. Ben, który jest Libańczykiem i Włochem, był kiedyś kapitanem armii brytyjskiej.

Pobrali się w 1962 roku, aw połowie lat 70. byli w Londynie, gdzie otworzyli klub nocny Farasha (arab. motyl) na Kensington High Street.

Ale Ben, entuzjasta łodzi, pragnął słońca iw 1979 r. przywołał go południowa Kalifornia. „Przyjechaliśmy z dobrymi pieniędzmi”, mówi, „nie trzeba pracować”. Ale wkrótce się znudzili.

Przejęli więc dawny sklep z pamiątkami i otworzyli Naja's z siedmioma piwami z beczki i 107 w butelce. Naja wciąż dodaje, a Naja wciąż się rozwija.

Oryginalny bar, otwarty na promenadę, sąsiaduje z dużą salą, w której klienci przy stolikach zajadają ormiańską pizzę lub falafel. Jest parkiet taneczny, a w weekendy muzyka Shark Brothers zalewa promenadę.

Naja, która jest zarówno kucharzem, jak i barmanką, powie ci: „Piwo jest jak wykwintne jedzenie”. Unosi zakorkowaną butelkę: „Made in Belgium przez mnichów trapistów. To prawie jak wino. Mój ulubiony." (A 9 USD za dużą szklankę, najdroższa).

Lore utrzymuje, że mnisi poszczą przez 40 dni „mówiąc do Boga przez to piwo”. Ona się śmieje. „Jeśli będę pił to piwo sam przez 40 dni, myślę, że też porozmawiam z Bogiem”.

Wśród piw beczkowych, które opłacają rachunki, bestsellerem jest niemiecki pilzener Warsteiner. Naja oferuje obecnie 79 piw z beczki, ale nadal nazywa się domem 777 piw, 77 z beczki – dla poetyckiego efektu.

Jeśli klientka chce takiego, którego nie ma, Naja go znajdzie. Ci, którzy bombardują, wracają z nimi do domu, chociaż Ben przyznaje: „Nie jestem pijącym piwo”.

W Naja's Brytyjczycy dostają swoje piwo w szklankach wypłukanych w ciepłej wodzie. Naja może również mieszać „Snake Bite” – angielski cydr i piwo jasne.

Na ścianach wiszą zdjęcia klientów posiadających paszporty Naji. Paszport i koszulkę zdobywa się, wypijając po dwa piwa z każdego z 39 krajów.

Oczywiście nie w jedną noc. Pijaństwo nie jest tolerowane. Mówi Ben: „Za dużo piwa, dzwonimy po taksówkę”.

Młodzi i starzy trafiają do Naji. Od 21-tej nocy do . . . .

Cóż, ojciec Bena, który niedawno zmarł, przyszedł pić i tańczyć w wieku 105 lat. Jego napar? Pepsi.

Szkocki bard na Alei Gwiazd?

Dentysta Neil McLeod, „nić nici Szkot”, który kieruje neofitą Los Angeles Burns Club, nawet się nie uśmiechnął, gdy stwierdził jeden z celów klubu: „Chcemy pośmiertnej gwiazdy dla Roberta Burnsa na Hollywood Boulevard”.

XVIII-wieczny szkocki poeta na Hollywoodzkiej Alei Gwiazd?

– Jako autor tekstów – wyjaśnił McLeod. „i widzę Charltona Hestona, prawdziwego Szkota, który jest tam, kiedy śpiewamy „Auld Lang Syne”. . . ”.

A co by pomyślał Burns, biedny szkocki farmer? Cóż, argumentuje McLeod: „Nie wiem, czy koniecznie powitałby otwarcie rozgłos. . . ale kiedy był potężny piórem, sprawiało mu to wielką radość”.

Słowa Burnsa wciąż cieszą serca wiernych, z których 85 zebrało się w Tam O’ Shanter Inn w Los Feliz w 236. rocznicę urodzin czołowego barda Szkocji.

Kilty i spódnice w kratę były de rigueur na tę pierwszą Wieczerzę Burns. Goście zrobili nawet odważny pokaz jedzenia haggis, tradycyjnego wiejskiego dania z owczych wnętrzności i płatków owsianych. „Posiekana wątróbka” mruknął jeden z gości, oszczędzając się na pieczeń wołową.

Brytyjski konsul generalny Merrick Baker-Bates zauważył, że był na wielu nocach Burns Night na całym świecie, niektórzy weselej niż inni: „W Utah pili sok żurawinowy z haggis”.

Następnie opowiedział historię o parze z Indianapolis, która kupiła czaszkę Roberta Burnsa od sprzedawcy antyków w Edynburgu za 500. Po powrocie do Edynburga ponownie zauważyli czaszkę Burnsa na sprzedaż i skonfrontowali się z dilerem, który wyjaśnił: „Ale to była czaszka Roberta Pali się, kiedy był chłopcem.

McLeod wyrecytował z pamięci, we właściwej prozie Burnsa, z dużą ilością „ay”, „na” i „gie”, długi „Death and Doctor Hornbook”.

Dudziarz zagrał „Flow Gently, Sweet Afton”, pełen czci moment dla wyznawców Burnsa, którzy znają każdy szczegół jego życia (życia, w którym, jak napisał jeden z biografów, „cnota i pasja były w nieustannej sprzeczności”). Kobiety i whisky przyczyniły się do jego śmierci w wieku 37 lat, podobnie jak zalecenie lekarza, aby zimą kąpać się w morzu i wyleczyć zapalenie płuc.

Ale zawsze była poezja: „Najlepiej ułożone schematy myszy i ludzi”, „Moja miłość jest jak czerwona, czerwona róża”, „Comin’ Thro’ the Rye”. I nieśmiertelna oda do myszy: „Ładko, lśniąca, krowa, niespokojna bestio, och, co za panika w tych cyckach! . . . “

Nieuchronnie rozmowa przy obiedzie skierowała się na kwestię tego, co porządni szkoccy żołnierze nosili pod tymi spódniczkami. Proste, powiedział adwokat Tarzany J. Howard Standing: „Buty i skarpetki”.

James Yates, Yorba Lindan zaledwie siedem lat usunięty ze Szkocji, wzniósł ostatni toast, zaszczyt tradycyjnie zarezerwowany dla tego, „kto mógł zachować trzeźwość”.

Klub LA dołącza do sieci 1121 klubów Burns na całym świecie. „To daje nadzieję”, powiedziała Esther Hovey, że ludzie na całym świecie gromadzą się tej nocy, aby uczcić zmarłego poetkę.

Nieżyjący już mąż Hovey, Serge, kompozytor, spędził 25 lat dopasowując ponad 300 tekstów piosenek Burnsa, w tym „Auld Lang Syne”, do zupełnie innych melodii, które Burns dla nich zamierzał.

Po toaście za dziewczęta Ann McBride odpowiedziała jednym z chłopców: „Nasi mężowie i nasi kochankowie, niech się nigdy nie spotkają”.

* Ten cotygodniowy felieton opisuje ludzi i małe momenty, które określają życie w południowej Kalifornii. Mile widziane są sugestie czytelników.


Ponad 99 butelek piwa na ścianie

Kiedy podnoszą się do baru w Naja’s Place na plaży Redondo, kierują się na piwo Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon i 776 innych piw z całego świata.

W ciągu 15 lat, odkąd Naja i Ben Zeinaty zaczęli podawać grube i pilsenery z dziury w murze na deptaku w King Harbour, Naja stała się legendarna, coś w rodzaju Cheers nad morzem.

Naja jest blondynką za barem, w czarnej koszulce z napisem: „Życie jest za krótkie, żeby pić tanie piwo!”

W sobotni wieczór joint zdecydowanie skacze. W quasi-cichym kącie 27-letni Raul Vandenberg i przyjaciele sączą Whitbread Ale i Anderson Valley Amber z 24-uncjowych szklanek, jednocześnie wychwalając zalety Naji. Vandenberg, nauczyciel w Carson, mówi: „To miejsce nie ma pretensji. . . prawdziwe miejsce oddolne.”

Został przedstawiony Naji przez swoją narzeczoną, Kristi Reinert, 27-letnią fizjolog. Pobiorą się w maju. — Nie, nie u Naji — mówi — chociaż o tym pomyśleliśmy.

Sam Mitani, associate editor of Road and Track, is at the main bar drinking Weizenbier, a brew he discovered while in Wolfsburg, Germany, doing a story on Volkswagen for the magazine.

Mitani often brings correspondents from Asia and Europe to Naja’s, to sample L.A. life. But, he hastens to add, the magazine “doesn’t condone drinking and driving.”

Lebanese and French, Naja once was a fashion designer in Abu Dhabi, making “high-class clothes like for sheiks’ wives.” Ben, who’s Lebanese and Italian, was once a captain in the British army.

They married in 1962 and by the mid-'70s were in London, where they opened a nightclub, Farasha (Arabic for butterfly) on Kensington High Street.

But Ben, a boat enthusiast, wanted sunshine and, in 1979, Southern California beckoned. “We came with good money,” he says, “no need to work.” But they soon were bored.

So they took over a former gift shop and opened Naja’s, with seven beers on tap and 107 in the bottle. Naja keeps adding, and Naja’s keeps expanding.

The original bar, open to the boardwalk, adjoins a big room where customers at tables nibble Armenian pizza or falafel. There’s a dance floor and on weekends the Shark Brothers’ music floods the boardwalk.

Naja, who’s both cook and bartender, will tell you, “Beer is like gourmet food.” She holds up a corked bottle: “Made in Belgium by Trappist monks. It’s like a wine, almost. My favorite.” (And, at $9 for a large glass, the most costly.)

Lore holds that the monks fast for 40 days, “speaking to God through that beer.” She laughs. “If I drink this beer all alone for 40 days, I think I’m going to talk to God, too.”

Among the tap beers, which pay the bills, the bestseller is a German pilsener, Warsteiner. Naja’s now offers 79 on tap, but still calls itself the home of 777 beers, 77 on tap--for poetic effect.

Should a customer want one she doesn’t have, Naja will find it. Those that bomb go home with them, though Ben admits, “I’m not a beer-drinker.”

At Naja’s, Brits get their ale as they like it, in glasses rinsed in warm water. Naja can also mix up a “Snake Bite"--English cider and lager.

Snapshots of customers who hold Naja’s passports line the walls. One earns a passport, and a T-shirt, by drinking two beers from each of 39 countries.

Not in one night, of course. Drunkenness is not tolerated. Says Ben, “Too much beer, we call a taxi.”

Young and old find their way to Naja’s. From the-night-of-turning-21 to . . . .

Well, Ben’s father, who died recently, came to drink and dance at 105. His brew? Pepsi.

A Scottish Bard on the Walk of Fame?

Dentist Neil McLeod, “the flossing Scot” who heads the neophyte Los Angeles Burns Club, didn’t even smile as he stated one of the club’s goals: “We want a posthumous star for Robert Burns on Hollywood Boulevard.”

An 18th-Century Scottish poet on the Hollywood Walk of Fame?

“As a lyricist,” McLeod explained. “and I see Charlton Heston, a true Scot, being there when we sing ‘Auld Lang Syne’ . . . ”.

And what would Burns, a poor Scottish farmer, think? Well, reasons McLeod, “I don’t know that he necessarily would have openly greeted publicity . . . but when he was powerful with his pen, it caused him great joy.”

Burns’ words still bring joy to the hearts of the faithful, 85 of whom gathered at the Tam O’ Shanter Inn in Los Feliz on the 236th anniversary of the birth of Scotland’s foremost bard.

Kilts and plaid skirts were de rigueur for this first Burns Supper. The guests even made a brave show of eating haggis, the traditional peasant dish of sheep’s innards and oatmeal. “Chopped liver,” muttered one guest, saving himself for the roast beef.

British Consul General Merrick Baker-Bates noted that he’s been at many a Burns Night worldwide, some merrier than others--"In Utah, they drank cranberry juice with the haggis.”

He then told the story about an Indianapolis couple who bought Robert Burns’ skull from an Edinburgh antiques dealer for 500. Revisiting Edinburgh, they spotted Burns’ skull for sale again and confronted the dealer, who explained, “But this was the skull of Robert Burns when he was a lad.”

McLeod recited from memory, and in proper Burnsian prose, with lots of ay’s and na’s and gie’s, the lengthy “Death and Doctor Hornbook.”

A piper played “Flow Gently, Sweet Afton,” a reverent moment for Burns believers, who know every detail of his life (a life during which, one biographer wrote, “virtue and passion had been in perpetual variance”). Women and whiskey contributed to his demise at 37, as did a doctor’s advice to go sea bathing in winter to cure his pneumonia.

But always, there was poetry: “The best laid schemes o’ mice and men,” “My luve’s like a red, red rose,” “Comin’ Thro’ the Rye.” And the immortal ode to a mouse: “Wee, sleekit, cow’rin, tim’rous beastie, O, what a panic’s in they breastie! . . . “

Inevitably, dinner-table conversation turned to the matter of what proper Scottish soldiers wore under those kilts. Simple, said Tarzana attorney J. Howard Standing: “Shoes and socks.”

James Yates, a Yorba Lindan only seven years removed from Scotland, offered the final toast, an honor traditionally reserved for he “who could stay the soberest.”

The L.A. club joins a network of 1,121 Burns Clubs worldwide. “It gives you hope,” said Esther Hovey, that all over the world people gather on this night to honor a dead poet.

Hovey’s late husband, Serge, a composer, spent 25 years matching Burns’ 300-plus song lyrics, including “Auld Lang Syne,” to the quite different tunes Burns intended for them.

After a toast to the lassies, Ann McBride responded with one to the lads: “Our husbands and our lovers, may they never meet.”

* This weekly column chronicles the people and small moments that define life in Southern California. Reader suggestions are welcome.


More Than 99 Bottles of Beer on the Wall

When they belly up to the bar at Naja’s Place in Redondo Beach, it’s for Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon and 776 other beers from around the world.

In the 15 years since Naja and Ben Zeinaty began serving up stouts and pilseners from a hole in the wall on the boardwalk at King Harbor, Naja’s has become legendary, sort of Cheers by the sea.

Naja’s the blonde behind the bar, in a black T-shirt that proclaims: “Life’s Too Short to Drink Cheap Beer!”

On a Saturday night the joint’s definitely jumping. In a quasi-quiet corner, Raul Vandenberg, 27, and friends sip Whitbread Ale and Anderson Valley Amber from 24-ounce glasses while extolling the virtues of Naja’s. Vandenberg, a teacher in Carson, says, “This place has no pretensions . . . a real grass-roots kind of place.”

He was introduced to Naja’s by his fiancee, Kristi Reinert, 27, an exercise physiologist. They’ll be married in May. “No, not at Naja’s,” she says, “though we thought about it.”

Sam Mitani, associate editor of Road and Track, is at the main bar drinking Weizenbier, a brew he discovered while in Wolfsburg, Germany, doing a story on Volkswagen for the magazine.

Mitani often brings correspondents from Asia and Europe to Naja’s, to sample L.A. life. But, he hastens to add, the magazine “doesn’t condone drinking and driving.”

Lebanese and French, Naja once was a fashion designer in Abu Dhabi, making “high-class clothes like for sheiks’ wives.” Ben, who’s Lebanese and Italian, was once a captain in the British army.

They married in 1962 and by the mid-'70s were in London, where they opened a nightclub, Farasha (Arabic for butterfly) on Kensington High Street.

But Ben, a boat enthusiast, wanted sunshine and, in 1979, Southern California beckoned. “We came with good money,” he says, “no need to work.” But they soon were bored.

So they took over a former gift shop and opened Naja’s, with seven beers on tap and 107 in the bottle. Naja keeps adding, and Naja’s keeps expanding.

The original bar, open to the boardwalk, adjoins a big room where customers at tables nibble Armenian pizza or falafel. There’s a dance floor and on weekends the Shark Brothers’ music floods the boardwalk.

Naja, who’s both cook and bartender, will tell you, “Beer is like gourmet food.” She holds up a corked bottle: “Made in Belgium by Trappist monks. It’s like a wine, almost. My favorite.” (And, at $9 for a large glass, the most costly.)

Lore holds that the monks fast for 40 days, “speaking to God through that beer.” She laughs. “If I drink this beer all alone for 40 days, I think I’m going to talk to God, too.”

Among the tap beers, which pay the bills, the bestseller is a German pilsener, Warsteiner. Naja’s now offers 79 on tap, but still calls itself the home of 777 beers, 77 on tap--for poetic effect.

Should a customer want one she doesn’t have, Naja will find it. Those that bomb go home with them, though Ben admits, “I’m not a beer-drinker.”

At Naja’s, Brits get their ale as they like it, in glasses rinsed in warm water. Naja can also mix up a “Snake Bite"--English cider and lager.

Snapshots of customers who hold Naja’s passports line the walls. One earns a passport, and a T-shirt, by drinking two beers from each of 39 countries.

Not in one night, of course. Drunkenness is not tolerated. Says Ben, “Too much beer, we call a taxi.”

Young and old find their way to Naja’s. From the-night-of-turning-21 to . . . .

Well, Ben’s father, who died recently, came to drink and dance at 105. His brew? Pepsi.

A Scottish Bard on the Walk of Fame?

Dentist Neil McLeod, “the flossing Scot” who heads the neophyte Los Angeles Burns Club, didn’t even smile as he stated one of the club’s goals: “We want a posthumous star for Robert Burns on Hollywood Boulevard.”

An 18th-Century Scottish poet on the Hollywood Walk of Fame?

“As a lyricist,” McLeod explained. “and I see Charlton Heston, a true Scot, being there when we sing ‘Auld Lang Syne’ . . . ”.

And what would Burns, a poor Scottish farmer, think? Well, reasons McLeod, “I don’t know that he necessarily would have openly greeted publicity . . . but when he was powerful with his pen, it caused him great joy.”

Burns’ words still bring joy to the hearts of the faithful, 85 of whom gathered at the Tam O’ Shanter Inn in Los Feliz on the 236th anniversary of the birth of Scotland’s foremost bard.

Kilts and plaid skirts were de rigueur for this first Burns Supper. The guests even made a brave show of eating haggis, the traditional peasant dish of sheep’s innards and oatmeal. “Chopped liver,” muttered one guest, saving himself for the roast beef.

British Consul General Merrick Baker-Bates noted that he’s been at many a Burns Night worldwide, some merrier than others--"In Utah, they drank cranberry juice with the haggis.”

He then told the story about an Indianapolis couple who bought Robert Burns’ skull from an Edinburgh antiques dealer for 500. Revisiting Edinburgh, they spotted Burns’ skull for sale again and confronted the dealer, who explained, “But this was the skull of Robert Burns when he was a lad.”

McLeod recited from memory, and in proper Burnsian prose, with lots of ay’s and na’s and gie’s, the lengthy “Death and Doctor Hornbook.”

A piper played “Flow Gently, Sweet Afton,” a reverent moment for Burns believers, who know every detail of his life (a life during which, one biographer wrote, “virtue and passion had been in perpetual variance”). Women and whiskey contributed to his demise at 37, as did a doctor’s advice to go sea bathing in winter to cure his pneumonia.

But always, there was poetry: “The best laid schemes o’ mice and men,” “My luve’s like a red, red rose,” “Comin’ Thro’ the Rye.” And the immortal ode to a mouse: “Wee, sleekit, cow’rin, tim’rous beastie, O, what a panic’s in they breastie! . . . “

Inevitably, dinner-table conversation turned to the matter of what proper Scottish soldiers wore under those kilts. Simple, said Tarzana attorney J. Howard Standing: “Shoes and socks.”

James Yates, a Yorba Lindan only seven years removed from Scotland, offered the final toast, an honor traditionally reserved for he “who could stay the soberest.”

The L.A. club joins a network of 1,121 Burns Clubs worldwide. “It gives you hope,” said Esther Hovey, that all over the world people gather on this night to honor a dead poet.

Hovey’s late husband, Serge, a composer, spent 25 years matching Burns’ 300-plus song lyrics, including “Auld Lang Syne,” to the quite different tunes Burns intended for them.

After a toast to the lassies, Ann McBride responded with one to the lads: “Our husbands and our lovers, may they never meet.”

* This weekly column chronicles the people and small moments that define life in Southern California. Reader suggestions are welcome.


More Than 99 Bottles of Beer on the Wall

When they belly up to the bar at Naja’s Place in Redondo Beach, it’s for Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon and 776 other beers from around the world.

In the 15 years since Naja and Ben Zeinaty began serving up stouts and pilseners from a hole in the wall on the boardwalk at King Harbor, Naja’s has become legendary, sort of Cheers by the sea.

Naja’s the blonde behind the bar, in a black T-shirt that proclaims: “Life’s Too Short to Drink Cheap Beer!”

On a Saturday night the joint’s definitely jumping. In a quasi-quiet corner, Raul Vandenberg, 27, and friends sip Whitbread Ale and Anderson Valley Amber from 24-ounce glasses while extolling the virtues of Naja’s. Vandenberg, a teacher in Carson, says, “This place has no pretensions . . . a real grass-roots kind of place.”

He was introduced to Naja’s by his fiancee, Kristi Reinert, 27, an exercise physiologist. They’ll be married in May. “No, not at Naja’s,” she says, “though we thought about it.”

Sam Mitani, associate editor of Road and Track, is at the main bar drinking Weizenbier, a brew he discovered while in Wolfsburg, Germany, doing a story on Volkswagen for the magazine.

Mitani often brings correspondents from Asia and Europe to Naja’s, to sample L.A. life. But, he hastens to add, the magazine “doesn’t condone drinking and driving.”

Lebanese and French, Naja once was a fashion designer in Abu Dhabi, making “high-class clothes like for sheiks’ wives.” Ben, who’s Lebanese and Italian, was once a captain in the British army.

They married in 1962 and by the mid-'70s were in London, where they opened a nightclub, Farasha (Arabic for butterfly) on Kensington High Street.

But Ben, a boat enthusiast, wanted sunshine and, in 1979, Southern California beckoned. “We came with good money,” he says, “no need to work.” But they soon were bored.

So they took over a former gift shop and opened Naja’s, with seven beers on tap and 107 in the bottle. Naja keeps adding, and Naja’s keeps expanding.

The original bar, open to the boardwalk, adjoins a big room where customers at tables nibble Armenian pizza or falafel. There’s a dance floor and on weekends the Shark Brothers’ music floods the boardwalk.

Naja, who’s both cook and bartender, will tell you, “Beer is like gourmet food.” She holds up a corked bottle: “Made in Belgium by Trappist monks. It’s like a wine, almost. My favorite.” (And, at $9 for a large glass, the most costly.)

Lore holds that the monks fast for 40 days, “speaking to God through that beer.” She laughs. “If I drink this beer all alone for 40 days, I think I’m going to talk to God, too.”

Among the tap beers, which pay the bills, the bestseller is a German pilsener, Warsteiner. Naja’s now offers 79 on tap, but still calls itself the home of 777 beers, 77 on tap--for poetic effect.

Should a customer want one she doesn’t have, Naja will find it. Those that bomb go home with them, though Ben admits, “I’m not a beer-drinker.”

At Naja’s, Brits get their ale as they like it, in glasses rinsed in warm water. Naja can also mix up a “Snake Bite"--English cider and lager.

Snapshots of customers who hold Naja’s passports line the walls. One earns a passport, and a T-shirt, by drinking two beers from each of 39 countries.

Not in one night, of course. Drunkenness is not tolerated. Says Ben, “Too much beer, we call a taxi.”

Young and old find their way to Naja’s. From the-night-of-turning-21 to . . . .

Well, Ben’s father, who died recently, came to drink and dance at 105. His brew? Pepsi.

A Scottish Bard on the Walk of Fame?

Dentist Neil McLeod, “the flossing Scot” who heads the neophyte Los Angeles Burns Club, didn’t even smile as he stated one of the club’s goals: “We want a posthumous star for Robert Burns on Hollywood Boulevard.”

An 18th-Century Scottish poet on the Hollywood Walk of Fame?

“As a lyricist,” McLeod explained. “and I see Charlton Heston, a true Scot, being there when we sing ‘Auld Lang Syne’ . . . ”.

And what would Burns, a poor Scottish farmer, think? Well, reasons McLeod, “I don’t know that he necessarily would have openly greeted publicity . . . but when he was powerful with his pen, it caused him great joy.”

Burns’ words still bring joy to the hearts of the faithful, 85 of whom gathered at the Tam O’ Shanter Inn in Los Feliz on the 236th anniversary of the birth of Scotland’s foremost bard.

Kilts and plaid skirts were de rigueur for this first Burns Supper. The guests even made a brave show of eating haggis, the traditional peasant dish of sheep’s innards and oatmeal. “Chopped liver,” muttered one guest, saving himself for the roast beef.

British Consul General Merrick Baker-Bates noted that he’s been at many a Burns Night worldwide, some merrier than others--"In Utah, they drank cranberry juice with the haggis.”

He then told the story about an Indianapolis couple who bought Robert Burns’ skull from an Edinburgh antiques dealer for 500. Revisiting Edinburgh, they spotted Burns’ skull for sale again and confronted the dealer, who explained, “But this was the skull of Robert Burns when he was a lad.”

McLeod recited from memory, and in proper Burnsian prose, with lots of ay’s and na’s and gie’s, the lengthy “Death and Doctor Hornbook.”

A piper played “Flow Gently, Sweet Afton,” a reverent moment for Burns believers, who know every detail of his life (a life during which, one biographer wrote, “virtue and passion had been in perpetual variance”). Women and whiskey contributed to his demise at 37, as did a doctor’s advice to go sea bathing in winter to cure his pneumonia.

But always, there was poetry: “The best laid schemes o’ mice and men,” “My luve’s like a red, red rose,” “Comin’ Thro’ the Rye.” And the immortal ode to a mouse: “Wee, sleekit, cow’rin, tim’rous beastie, O, what a panic’s in they breastie! . . . “

Inevitably, dinner-table conversation turned to the matter of what proper Scottish soldiers wore under those kilts. Simple, said Tarzana attorney J. Howard Standing: “Shoes and socks.”

James Yates, a Yorba Lindan only seven years removed from Scotland, offered the final toast, an honor traditionally reserved for he “who could stay the soberest.”

The L.A. club joins a network of 1,121 Burns Clubs worldwide. “It gives you hope,” said Esther Hovey, that all over the world people gather on this night to honor a dead poet.

Hovey’s late husband, Serge, a composer, spent 25 years matching Burns’ 300-plus song lyrics, including “Auld Lang Syne,” to the quite different tunes Burns intended for them.

After a toast to the lassies, Ann McBride responded with one to the lads: “Our husbands and our lovers, may they never meet.”

* This weekly column chronicles the people and small moments that define life in Southern California. Reader suggestions are welcome.


More Than 99 Bottles of Beer on the Wall

When they belly up to the bar at Naja’s Place in Redondo Beach, it’s for Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon and 776 other beers from around the world.

In the 15 years since Naja and Ben Zeinaty began serving up stouts and pilseners from a hole in the wall on the boardwalk at King Harbor, Naja’s has become legendary, sort of Cheers by the sea.

Naja’s the blonde behind the bar, in a black T-shirt that proclaims: “Life’s Too Short to Drink Cheap Beer!”

On a Saturday night the joint’s definitely jumping. In a quasi-quiet corner, Raul Vandenberg, 27, and friends sip Whitbread Ale and Anderson Valley Amber from 24-ounce glasses while extolling the virtues of Naja’s. Vandenberg, a teacher in Carson, says, “This place has no pretensions . . . a real grass-roots kind of place.”

He was introduced to Naja’s by his fiancee, Kristi Reinert, 27, an exercise physiologist. They’ll be married in May. “No, not at Naja’s,” she says, “though we thought about it.”

Sam Mitani, associate editor of Road and Track, is at the main bar drinking Weizenbier, a brew he discovered while in Wolfsburg, Germany, doing a story on Volkswagen for the magazine.

Mitani often brings correspondents from Asia and Europe to Naja’s, to sample L.A. life. But, he hastens to add, the magazine “doesn’t condone drinking and driving.”

Lebanese and French, Naja once was a fashion designer in Abu Dhabi, making “high-class clothes like for sheiks’ wives.” Ben, who’s Lebanese and Italian, was once a captain in the British army.

They married in 1962 and by the mid-'70s were in London, where they opened a nightclub, Farasha (Arabic for butterfly) on Kensington High Street.

But Ben, a boat enthusiast, wanted sunshine and, in 1979, Southern California beckoned. “We came with good money,” he says, “no need to work.” But they soon were bored.

So they took over a former gift shop and opened Naja’s, with seven beers on tap and 107 in the bottle. Naja keeps adding, and Naja’s keeps expanding.

The original bar, open to the boardwalk, adjoins a big room where customers at tables nibble Armenian pizza or falafel. There’s a dance floor and on weekends the Shark Brothers’ music floods the boardwalk.

Naja, who’s both cook and bartender, will tell you, “Beer is like gourmet food.” She holds up a corked bottle: “Made in Belgium by Trappist monks. It’s like a wine, almost. My favorite.” (And, at $9 for a large glass, the most costly.)

Lore holds that the monks fast for 40 days, “speaking to God through that beer.” She laughs. “If I drink this beer all alone for 40 days, I think I’m going to talk to God, too.”

Among the tap beers, which pay the bills, the bestseller is a German pilsener, Warsteiner. Naja’s now offers 79 on tap, but still calls itself the home of 777 beers, 77 on tap--for poetic effect.

Should a customer want one she doesn’t have, Naja will find it. Those that bomb go home with them, though Ben admits, “I’m not a beer-drinker.”

At Naja’s, Brits get their ale as they like it, in glasses rinsed in warm water. Naja can also mix up a “Snake Bite"--English cider and lager.

Snapshots of customers who hold Naja’s passports line the walls. One earns a passport, and a T-shirt, by drinking two beers from each of 39 countries.

Not in one night, of course. Drunkenness is not tolerated. Says Ben, “Too much beer, we call a taxi.”

Young and old find their way to Naja’s. From the-night-of-turning-21 to . . . .

Well, Ben’s father, who died recently, came to drink and dance at 105. His brew? Pepsi.

A Scottish Bard on the Walk of Fame?

Dentist Neil McLeod, “the flossing Scot” who heads the neophyte Los Angeles Burns Club, didn’t even smile as he stated one of the club’s goals: “We want a posthumous star for Robert Burns on Hollywood Boulevard.”

An 18th-Century Scottish poet on the Hollywood Walk of Fame?

“As a lyricist,” McLeod explained. “and I see Charlton Heston, a true Scot, being there when we sing ‘Auld Lang Syne’ . . . ”.

And what would Burns, a poor Scottish farmer, think? Well, reasons McLeod, “I don’t know that he necessarily would have openly greeted publicity . . . but when he was powerful with his pen, it caused him great joy.”

Burns’ words still bring joy to the hearts of the faithful, 85 of whom gathered at the Tam O’ Shanter Inn in Los Feliz on the 236th anniversary of the birth of Scotland’s foremost bard.

Kilts and plaid skirts were de rigueur for this first Burns Supper. The guests even made a brave show of eating haggis, the traditional peasant dish of sheep’s innards and oatmeal. “Chopped liver,” muttered one guest, saving himself for the roast beef.

British Consul General Merrick Baker-Bates noted that he’s been at many a Burns Night worldwide, some merrier than others--"In Utah, they drank cranberry juice with the haggis.”

He then told the story about an Indianapolis couple who bought Robert Burns’ skull from an Edinburgh antiques dealer for 500. Revisiting Edinburgh, they spotted Burns’ skull for sale again and confronted the dealer, who explained, “But this was the skull of Robert Burns when he was a lad.”

McLeod recited from memory, and in proper Burnsian prose, with lots of ay’s and na’s and gie’s, the lengthy “Death and Doctor Hornbook.”

A piper played “Flow Gently, Sweet Afton,” a reverent moment for Burns believers, who know every detail of his life (a life during which, one biographer wrote, “virtue and passion had been in perpetual variance”). Women and whiskey contributed to his demise at 37, as did a doctor’s advice to go sea bathing in winter to cure his pneumonia.

But always, there was poetry: “The best laid schemes o’ mice and men,” “My luve’s like a red, red rose,” “Comin’ Thro’ the Rye.” And the immortal ode to a mouse: “Wee, sleekit, cow’rin, tim’rous beastie, O, what a panic’s in they breastie! . . . “

Inevitably, dinner-table conversation turned to the matter of what proper Scottish soldiers wore under those kilts. Simple, said Tarzana attorney J. Howard Standing: “Shoes and socks.”

James Yates, a Yorba Lindan only seven years removed from Scotland, offered the final toast, an honor traditionally reserved for he “who could stay the soberest.”

The L.A. club joins a network of 1,121 Burns Clubs worldwide. “It gives you hope,” said Esther Hovey, that all over the world people gather on this night to honor a dead poet.

Hovey’s late husband, Serge, a composer, spent 25 years matching Burns’ 300-plus song lyrics, including “Auld Lang Syne,” to the quite different tunes Burns intended for them.

After a toast to the lassies, Ann McBride responded with one to the lads: “Our husbands and our lovers, may they never meet.”

* This weekly column chronicles the people and small moments that define life in Southern California. Reader suggestions are welcome.


More Than 99 Bottles of Beer on the Wall

When they belly up to the bar at Naja’s Place in Redondo Beach, it’s for Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon and 776 other beers from around the world.

In the 15 years since Naja and Ben Zeinaty began serving up stouts and pilseners from a hole in the wall on the boardwalk at King Harbor, Naja’s has become legendary, sort of Cheers by the sea.

Naja’s the blonde behind the bar, in a black T-shirt that proclaims: “Life’s Too Short to Drink Cheap Beer!”

On a Saturday night the joint’s definitely jumping. In a quasi-quiet corner, Raul Vandenberg, 27, and friends sip Whitbread Ale and Anderson Valley Amber from 24-ounce glasses while extolling the virtues of Naja’s. Vandenberg, a teacher in Carson, says, “This place has no pretensions . . . a real grass-roots kind of place.”

He was introduced to Naja’s by his fiancee, Kristi Reinert, 27, an exercise physiologist. They’ll be married in May. “No, not at Naja’s,” she says, “though we thought about it.”

Sam Mitani, associate editor of Road and Track, is at the main bar drinking Weizenbier, a brew he discovered while in Wolfsburg, Germany, doing a story on Volkswagen for the magazine.

Mitani often brings correspondents from Asia and Europe to Naja’s, to sample L.A. life. But, he hastens to add, the magazine “doesn’t condone drinking and driving.”

Lebanese and French, Naja once was a fashion designer in Abu Dhabi, making “high-class clothes like for sheiks’ wives.” Ben, who’s Lebanese and Italian, was once a captain in the British army.

They married in 1962 and by the mid-'70s were in London, where they opened a nightclub, Farasha (Arabic for butterfly) on Kensington High Street.

But Ben, a boat enthusiast, wanted sunshine and, in 1979, Southern California beckoned. “We came with good money,” he says, “no need to work.” But they soon were bored.

So they took over a former gift shop and opened Naja’s, with seven beers on tap and 107 in the bottle. Naja keeps adding, and Naja’s keeps expanding.

The original bar, open to the boardwalk, adjoins a big room where customers at tables nibble Armenian pizza or falafel. There’s a dance floor and on weekends the Shark Brothers’ music floods the boardwalk.

Naja, who’s both cook and bartender, will tell you, “Beer is like gourmet food.” She holds up a corked bottle: “Made in Belgium by Trappist monks. It’s like a wine, almost. My favorite.” (And, at $9 for a large glass, the most costly.)

Lore holds that the monks fast for 40 days, “speaking to God through that beer.” She laughs. “If I drink this beer all alone for 40 days, I think I’m going to talk to God, too.”

Among the tap beers, which pay the bills, the bestseller is a German pilsener, Warsteiner. Naja’s now offers 79 on tap, but still calls itself the home of 777 beers, 77 on tap--for poetic effect.

Should a customer want one she doesn’t have, Naja will find it. Those that bomb go home with them, though Ben admits, “I’m not a beer-drinker.”

At Naja’s, Brits get their ale as they like it, in glasses rinsed in warm water. Naja can also mix up a “Snake Bite"--English cider and lager.

Snapshots of customers who hold Naja’s passports line the walls. One earns a passport, and a T-shirt, by drinking two beers from each of 39 countries.

Not in one night, of course. Drunkenness is not tolerated. Says Ben, “Too much beer, we call a taxi.”

Young and old find their way to Naja’s. From the-night-of-turning-21 to . . . .

Well, Ben’s father, who died recently, came to drink and dance at 105. His brew? Pepsi.

A Scottish Bard on the Walk of Fame?

Dentist Neil McLeod, “the flossing Scot” who heads the neophyte Los Angeles Burns Club, didn’t even smile as he stated one of the club’s goals: “We want a posthumous star for Robert Burns on Hollywood Boulevard.”

An 18th-Century Scottish poet on the Hollywood Walk of Fame?

“As a lyricist,” McLeod explained. “and I see Charlton Heston, a true Scot, being there when we sing ‘Auld Lang Syne’ . . . ”.

And what would Burns, a poor Scottish farmer, think? Well, reasons McLeod, “I don’t know that he necessarily would have openly greeted publicity . . . but when he was powerful with his pen, it caused him great joy.”

Burns’ words still bring joy to the hearts of the faithful, 85 of whom gathered at the Tam O’ Shanter Inn in Los Feliz on the 236th anniversary of the birth of Scotland’s foremost bard.

Kilts and plaid skirts were de rigueur for this first Burns Supper. The guests even made a brave show of eating haggis, the traditional peasant dish of sheep’s innards and oatmeal. “Chopped liver,” muttered one guest, saving himself for the roast beef.

British Consul General Merrick Baker-Bates noted that he’s been at many a Burns Night worldwide, some merrier than others--"In Utah, they drank cranberry juice with the haggis.”

He then told the story about an Indianapolis couple who bought Robert Burns’ skull from an Edinburgh antiques dealer for 500. Revisiting Edinburgh, they spotted Burns’ skull for sale again and confronted the dealer, who explained, “But this was the skull of Robert Burns when he was a lad.”

McLeod recited from memory, and in proper Burnsian prose, with lots of ay’s and na’s and gie’s, the lengthy “Death and Doctor Hornbook.”

A piper played “Flow Gently, Sweet Afton,” a reverent moment for Burns believers, who know every detail of his life (a life during which, one biographer wrote, “virtue and passion had been in perpetual variance”). Women and whiskey contributed to his demise at 37, as did a doctor’s advice to go sea bathing in winter to cure his pneumonia.

But always, there was poetry: “The best laid schemes o’ mice and men,” “My luve’s like a red, red rose,” “Comin’ Thro’ the Rye.” And the immortal ode to a mouse: “Wee, sleekit, cow’rin, tim’rous beastie, O, what a panic’s in they breastie! . . . “

Inevitably, dinner-table conversation turned to the matter of what proper Scottish soldiers wore under those kilts. Simple, said Tarzana attorney J. Howard Standing: “Shoes and socks.”

James Yates, a Yorba Lindan only seven years removed from Scotland, offered the final toast, an honor traditionally reserved for he “who could stay the soberest.”

The L.A. club joins a network of 1,121 Burns Clubs worldwide. “It gives you hope,” said Esther Hovey, that all over the world people gather on this night to honor a dead poet.

Hovey’s late husband, Serge, a composer, spent 25 years matching Burns’ 300-plus song lyrics, including “Auld Lang Syne,” to the quite different tunes Burns intended for them.

After a toast to the lassies, Ann McBride responded with one to the lads: “Our husbands and our lovers, may they never meet.”

* This weekly column chronicles the people and small moments that define life in Southern California. Reader suggestions are welcome.


More Than 99 Bottles of Beer on the Wall

When they belly up to the bar at Naja’s Place in Redondo Beach, it’s for Kiwi Lager, St. Pauli Girl, Double Dragon and 776 other beers from around the world.

In the 15 years since Naja and Ben Zeinaty began serving up stouts and pilseners from a hole in the wall on the boardwalk at King Harbor, Naja’s has become legendary, sort of Cheers by the sea.

Naja’s the blonde behind the bar, in a black T-shirt that proclaims: “Life’s Too Short to Drink Cheap Beer!”

On a Saturday night the joint’s definitely jumping. In a quasi-quiet corner, Raul Vandenberg, 27, and friends sip Whitbread Ale and Anderson Valley Amber from 24-ounce glasses while extolling the virtues of Naja’s. Vandenberg, a teacher in Carson, says, “This place has no pretensions . . . a real grass-roots kind of place.”

He was introduced to Naja’s by his fiancee, Kristi Reinert, 27, an exercise physiologist. They’ll be married in May. “No, not at Naja’s,” she says, “though we thought about it.”

Sam Mitani, associate editor of Road and Track, is at the main bar drinking Weizenbier, a brew he discovered while in Wolfsburg, Germany, doing a story on Volkswagen for the magazine.

Mitani often brings correspondents from Asia and Europe to Naja’s, to sample L.A. life. But, he hastens to add, the magazine “doesn’t condone drinking and driving.”

Lebanese and French, Naja once was a fashion designer in Abu Dhabi, making “high-class clothes like for sheiks’ wives.” Ben, who’s Lebanese and Italian, was once a captain in the British army.

They married in 1962 and by the mid-'70s were in London, where they opened a nightclub, Farasha (Arabic for butterfly) on Kensington High Street.

But Ben, a boat enthusiast, wanted sunshine and, in 1979, Southern California beckoned. “We came with good money,” he says, “no need to work.” But they soon were bored.

So they took over a former gift shop and opened Naja’s, with seven beers on tap and 107 in the bottle. Naja keeps adding, and Naja’s keeps expanding.

The original bar, open to the boardwalk, adjoins a big room where customers at tables nibble Armenian pizza or falafel. There’s a dance floor and on weekends the Shark Brothers’ music floods the boardwalk.

Naja, who’s both cook and bartender, will tell you, “Beer is like gourmet food.” She holds up a corked bottle: “Made in Belgium by Trappist monks. It’s like a wine, almost. My favorite.” (And, at $9 for a large glass, the most costly.)

Lore holds that the monks fast for 40 days, “speaking to God through that beer.” She laughs. “If I drink this beer all alone for 40 days, I think I’m going to talk to God, too.”

Among the tap beers, which pay the bills, the bestseller is a German pilsener, Warsteiner. Naja’s now offers 79 on tap, but still calls itself the home of 777 beers, 77 on tap--for poetic effect.

Jeśli klientka chce takiego, którego nie ma, Naja go znajdzie. Ci, którzy bombardują, wracają z nimi do domu, chociaż Ben przyznaje: „Nie jestem pijącym piwo”.

W Naja's Brytyjczycy dostają swoje piwo w szklankach wypłukanych w ciepłej wodzie. Naja może również mieszać „Snake Bite” – angielski cydr i piwo jasne.

Na ścianach wiszą zdjęcia klientów posiadających paszporty Naji. Paszport i koszulkę zdobywa się, wypijając po dwa piwa z każdego z 39 krajów.

Oczywiście nie w jedną noc. Pijaństwo nie jest tolerowane. Mówi Ben: „Za dużo piwa, dzwonimy po taksówkę”.

Młodzi i starzy trafiają do Naji. Od 21-tej nocy do . . . .

Cóż, ojciec Bena, który niedawno zmarł, przyszedł pić i tańczyć w wieku 105 lat. Jego napar? Pepsi.

Szkocki bard na Alei Gwiazd?

Dentysta Neil McLeod, „nić nici Szkot”, który kieruje neofitą Los Angeles Burns Club, nawet się nie uśmiechnął, gdy stwierdził jeden z celów klubu: „Chcemy pośmiertnej gwiazdy dla Roberta Burnsa na Hollywood Boulevard”.

XVIII-wieczny szkocki poeta na Hollywoodzkiej Alei Gwiazd?

– Jako autor tekstów – wyjaśnił McLeod. „i widzę Charltona Hestona, prawdziwego Szkota, który jest tam, kiedy śpiewamy „Auld Lang Syne”. . . ”.

A co by pomyślał Burns, biedny szkocki farmer? Cóż, argumentuje McLeod: „Nie wiem, czy koniecznie powitałby otwarcie rozgłos. . . ale kiedy był potężny piórem, sprawiało mu to wielką radość”.

Słowa Burnsa wciąż cieszą serca wiernych, z których 85 zebrało się w Tam O’ Shanter Inn w Los Feliz w 236. rocznicę urodzin czołowego barda Szkocji.

Kilty i spódnice w kratę były de rigueur na tę pierwszą Wieczerzę Burns. Goście zrobili nawet odważny pokaz jedzenia haggis, tradycyjnego wiejskiego dania z owczych wnętrzności i płatków owsianych. „Posiekana wątróbka” mruknął jeden z gości, oszczędzając się na pieczeń wołową.

Brytyjski konsul generalny Merrick Baker-Bates zauważył, że był na wielu nocach Burns Night na całym świecie, niektórzy weselej niż inni: „W Utah pili sok żurawinowy z haggis”.

Następnie opowiedział historię o parze z Indianapolis, która kupiła czaszkę Roberta Burnsa od sprzedawcy antyków w Edynburgu za 500. Po powrocie do Edynburga ponownie zauważyli czaszkę Burnsa na sprzedaż i skonfrontowali się z dilerem, który wyjaśnił: „Ale to była czaszka Roberta Pali się, kiedy był chłopcem.

McLeod wyrecytował z pamięci, we właściwej prozie Burnsa, z dużą ilością „ay”, „na” i „gie”, długi „Death and Doctor Hornbook”.

Dudziarz zagrał „Flow Gently, Sweet Afton”, pełen czci moment dla wyznawców Burnsa, którzy znają każdy szczegół jego życia (życia, w którym, jak napisał jeden z biografów, „cnota i pasja były w nieustannej sprzeczności”). Kobiety i whisky przyczyniły się do jego śmierci w wieku 37 lat, podobnie jak zalecenie lekarza, aby zimą kąpać się w morzu i wyleczyć zapalenie płuc.

Ale zawsze była poezja: „Najlepiej ułożone schematy myszy i ludzi”, „Moja miłość jest jak czerwona, czerwona róża”, „Comin’ Thro’ the Rye”. I nieśmiertelna oda do myszy: „Ładko, lśniąca, krowa, niespokojna bestio, och, co za panika w tych cyckach! . . . “

Nieuchronnie rozmowa przy obiedzie skierowała się na kwestię tego, co porządni szkoccy żołnierze nosili pod tymi spódniczkami. Proste, powiedział adwokat Tarzany J. Howard Standing: „Buty i skarpetki”.

James Yates, Yorba Lindan zaledwie siedem lat usunięty ze Szkocji, wzniósł ostatni toast, zaszczyt tradycyjnie zarezerwowany dla tego, „kto mógł zachować trzeźwość”.

Klub LA dołącza do sieci 1121 klubów Burns na całym świecie. „To daje nadzieję”, powiedziała Esther Hovey, że ludzie na całym świecie gromadzą się tej nocy, aby uczcić zmarłego poetkę.

Nieżyjący już mąż Hovey, Serge, kompozytor, spędził 25 lat dopasowując ponad 300 tekstów piosenek Burnsa, w tym „Auld Lang Syne”, do zupełnie innych melodii, które Burns dla nich zamierzał.

Po toaście za dziewczęta Ann McBride odpowiedziała jednym z chłopców: „Nasi mężowie i nasi kochankowie, niech się nigdy nie spotkają”.

* Ten cotygodniowy felieton opisuje ludzi i małe momenty, które określają życie w południowej Kalifornii. Mile widziane są sugestie czytelników.


Obejrzyj wideo: Kwestia 07 - Toksyna Official Video (Czerwiec 2022).


Uwagi:

  1. Samurr

    Jak brak smaku

  2. Breuse

    Powinien być w księdze ofert

  3. Arasida

    Tacy nie słyszeli

  4. Buck

    Moim zdaniem się mylisz. Porozmawiajmy o tym. Napisz do mnie na PW.



Napisać wiadomość